Po kilku godzinach spędzonych w autobusie niebo wypogodziło się i postawiłyśmy pierwsze kroki w miejscowości Ica. Stamtąd tylko taksówka i już byłyśmy w Huachachinie; małej oazie na pustyni. Dookoła jeziora zbudowano tam kilka hoteli i hosteli, każdy z basenem a całość otaczają wysokie wydmy z piasku. Jest to bez wątpienia bardzo hedonistyczne miejsce, bo cóż można robić przy basenie jeśli nie popijać drinka i relaksować się przy rytmach dobrej muzyki? Osoby szukające sportowych wrażeń mogą wypożyczyć deskę i spróbować czy ich umiejętności snowboardowe sprawdzą się w piasku podczas sandboardingu. Niestety popularność tego miejsca, duże zainteresowanie ze strony turystów jak i nieodpowiedzialne użytkowanie terenu sprawiają że obszar ten staje się z roku na rok coraz bardziej zanieczyszczony i według ekologów jeśli niebawem nie zostaną podjęte zdecydowane kroki przeciwdziałające temu, Huachachina niebawem może przestać być oazą a zamienić się w wysypisko.
Dla nas ten dzień spędzony w Huahachinie był jedynym elementem tradycyjnie rozumianych, leniwych wakacji i było wspaniale! Z jakiegoś powodu wpadłyśmy na pomysł żeby wstać o 5 rano, wdrapać się na wydmy i obserwować wschód słońca. Pomysł, w teorii, niezły. W praktyce nie przemyślałyśmy tego, że słońce wstaje za górami więc wystarczyłoby wyjść z łóżka między 6-7 a efekt byłby ten sam. Zamiast tego zamarznięte, na szczycie wydm zaliczyłyśmy poranny aerobik aby nie zamarznąć i pozbawiłyśmy się jedynej okazji przespania porządnie nocy. Od tej pory rozpoczął się bowiem tryb wstawiania o 4-5 rano albo spania w autobusach.